Loading

PIRACI Z KARAIBÓW V/2

Adam Suski - pirat z KaraibówJak tylko odwróciłem głowę od cmentarza stanąłem jak wryty i omal nie krzyknąłem jak większy Wojcik; Smooook! Jedna łapa, druga łapa, jedna noga druga noga, brzuch, morda! Łaaaaaaaaaaaaa!
Przede mną, bowiem stało coś takiego w miniaturze. Stalowo zielone na dwóch łapach z ogonem, z rozwartymi łapami otwartym ryjem z zębami i syczało dziwnie.

  Nim minęła doba byłem świadkiem kolejnego zdarzenia tym razem na Martynice. Martynika to taki skrawek Europy na Karaibach. Oficjalnie jest to część Holandii i Unii Europejskiej i fajne jest to, że rozmowy telefoniczne są w cenie lokalnych rozmów europejskich. Znaczy się dzwoniąc z Martyniki płaci się tyle ile za telefon z Holandii czy Niemiec. Ja jednak nie poleciałem na miasto by dzwonić czy podziwiać Europę na Karaibach. Przyczyna bardziej prozaiczna była; musiałem kupić nową walizkę i kosmetyki, których mi dzięki Lufthansie brakowało. Kochana Lufthansa. Zawsze można na niej polegać, zawsze dostarczy emocji, za które nie trzeba dopłacać.
  O pierwszeństwo wejścia do portu również ścigaliśmy się z olbrzymimi "pasażerami”, których tutaj w ilości sztuk siedmiu, zacumowało. Na mieście trudno było nie zauważyć, że olbrzymie pasażery w porcie stoją. Jeśli jest ich siedem, a na każdym parę tysięcy ludzi w tym minimum dwa tysiące załogi, to już czyni to liczbę kilkakrotnie przewyższającą populacje na całej Martynice.

  Większość personelu takiego pasażera składa się nie z marynarzy z krwi i kości, ale ze zwykłego hotelu. Tysiące, więc sprzątaczek, stewardów i stewardes, kelnerów i kelnerek, kucharzy i tym podobnych hotelowych stanowisk, jednego dnia spotkało się na ulicach i w sklepach jedynego portu na Martynice. Odróżniali się od tubylców jak i od pasażerów tym, że wszyscy byli ubrani w firmowe koszulki w zależności od tego, dla jakiej kompani pływali.

    Jakież było moje zdziwienie, gdy na głównej ulicy rozlegało się donośne "k----a". Jestem Polakiem, więc głuchy musiałbym być gdybym na takie zawołanie nie zareagował. Z miejsca w oko mi wpadła grupka kobiet ubranych w firmowe koszulki jednego z armatorów ze statku "Neptun of the Seas”. Na oko wyglądały na stewardesy i sprzątaczki i na drugie oko, za cholerę nie wyglądały na Polki. Raczej powiedziałbym że są z któregoś kraju Ameryki Południowej. Na pewno nie z Brazylii gdyż miedzy sobą rozmawiały po hiszpańsku. Ja nie habla, espaniol, ale zdaje sobie sprawę z tego że w tym języku (jak i w kilku innych) "curva" to normalne słowo oznaczające zakręt lub krzywiznę. Na tyle jednak głupi z hiszpańskiego nie jestem, by nie dostrzec, że werbalne i popularne "k---a" jest używane przez owe przedstawicielki płci pięknej, w okolicznościach jak najbardziej dalekich od tego by opisać zakręt czy krzywiznę. Tym bardziej, że jedyna handlowa ulica, była prosta jak promień światła, a i otaczające ją budynki wskazywały na to, że idee architektoniczne niejakiego Gaudiego, na szczęście, tu nie dotarły. Znaczy się budynki miały kąty proste, a nie wymyślne krzywizny.  Te krzykliwe kobietki, wręcz cieszyły się używaniem tego słowa i chyba nie za bardzo zdawały sobie sprawę z tego, co ono znaczy. Wołały do siebie jak po imieniu "K---a", gdy coś oglądały w sklepach opisując to dodawały „k---a”. Stanąłem jak wryty i słowo daję, aż się za laskami ciągałem po sklepach by słyszeć to, co słyszałem. I nie wierzyłem własnym uszom. Wniosek jeden się nasuwał tylko; ktoś ich tego słowa nauczył i mogłem spokojnie krzyknąć jak Stuhr w Seksmisji; „Nasi tu byli!!”. A raczej są. Było, bowiem dla mnie oczywiste, że każdy z tych „pasażerów” wozi ze sobą w roli załogantów od licha Polaków. A nie wiedzieć, czemu, rodacy nasi kochani, uwielbiają sprzedawać nasze charakterystyczne słówka obcym nacjom, zapominając przy tym wytłumaczyć, co one znaczą. I później dzieją się takie rzeczy, jakich byłem świadkiem. Myślę, że profesor Miodek byłby zachwycony ideą propagowania naszej ojczystej mowy we wszystkich zakątkach globu. O ile wpierw szlag by go nie trafił, gdyby usłyszał, jaki to rodzaj języka.

      Oszołomiony, omal zapomniałem o celu swej eskapady. Znalazłem jednak sklep, w którym zakupiłem Channel Egoiste Platinum. Później znalazłem sklep, z którego wyjechałem ze zgrabną walizeczką na kółkach. I co by nie mówić, ale milo było usłyszeć "polską " mowę gdzieś na krańcu świata.  

         Po raz kolejny jestem na Karaibach na tym samym typie statku, co jest też nie bez znaczenia, jeśli chodzi o moje samopoczucie. Statki popularnie u nas zwane Akerami są dla mnie tym czym „Czarna Perla” była dla Jacka Sparrow'a. Po prostu je uwielbiam. Wybudowane w niemieckiej stoczni Wismar, przy współpracy ze stoczniami polskimi, są szczytem techniki i już na pierwszy rzut oka nie sposób się w nich nie zakochać. 210 Metrów długości, 30 metrów szerokości i 64 metry wysokości od kilu do ostatniej kondygnacji nadbudówki, tworzą wręcz monstrualnego potwora.   Najwspanialsza jednak jest maszyna, coś, czego nigdy nie miał Jack Sparrow (i niech żałuje). Wielka i obszerna pomalowana na jasne kolory budzi zachwyt u każdego, kto tylko nas odwiedza. Burzy jednocześnie wyobrażenie o maszynie, jako takiej: ciemnej ponurej, brudnej i pełnej smarów. Tego tu nie ma. Wystarczy powiedzieć, że w tej maszynie ja się poruszam w białych skarpetkach i jasnym kombinezonie.

b_550_0_16777215_00_images_joomgallery_originals_adam_suski_102_as_mm_009_20131109_1341711187.jpg

     Centralnym punktem maszyny jest silnik główny. To taka kupa metalu wielkości sporego domu. Jeśli ktoś ma pojecie to wyobrazi sobie, co to znaczy wielkość, jeśli powiem, że skok tłoka w tym silniku to jest 2.7 metra, a średnica cylindra to 0.9 metra. Moc maksymalna tego cacka to raptem 32 tysiące koni mechanicznych, czyli trochę więcej jak tysiąc małych fiatów.

     Na statku, dodam dla niewtajemniczonych, również dla własnych potrzeb prąd produkujemy. Do tego służą mniejsze silniki spalinowe zwane agregatami. Takich mam cztery sztuki o mocy 1300 kW każdy, czyli razem mogę wyprodukować 5200 kW mocy. Wystarczy do oświetlenia sporego miasta.

     Obecny mój Aker, czyli „Frisia Lissabon”, tak jak poprzedni „Itajai Express” to bardzo udana seria. Seria udana tak bardzo i tak mocno mi pasująca, że wręcz odnoszę się do tych statków, a szczególnie do ich maszynowej części z wielką czułością podobna do tej, jaką obdarzam mój samochód. Lubię o nie dbać, lubię jak ładnie wyglądają, lubię brzmienie ich siłowni; stukot zaworów wydechowych, gwizd turbiny. O takie statki trzeba dbać tak samo jak o kobiety. A ciągle będą młode, piękne i... zdolne.

  Nawet moja własna żona jest ciut zazdrosna o Akery. Jak mnie się wydaje. Bo widzi jak się cieszę, gdy mam wsiadać na Akera, a nie jakieś inne chińskie badziewie. Dziwne kobiety są naprawdę. Na jej miejscu bardziej czułbym się zazdrosny o Kolumbijki, Wenezuelki, Brazylijki i tym podobne. Tym bardziej, że moja żona ma świadomość tego, ilu ludzi z mojej firmy już mieszka w Brazylii, na Filipinach, Meksyku, Chile... ale może ona wie coś więcej o mnie niż mi się zdaje, dlatego zazdrosna jest o statek, a nie o baby. A ja cholera zbyt leniwy jestem by popracować i to zmienić.

Kartka z kalendarza


Poniedziałek, 25. Czerwca 2018
Imieniny obchodzą:
Albrecht, Eulogiusz, Lucja, Łucja,
Tolisława, Wilhelm

Do końca roku zostało 190 dni.
Zodiak: Rak

Kontakt

Administrator
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Teraz na stronie

Odwiedza nas 58 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyka

Odsłon artykułów:
1212885